Pocztówka z St. Tropez

– Możesz mi podać swój kod pocztowy?
– Jasne. A co robisz?
– Wysyłam ci kartkę z St Tropez…
– Vaffanculo!!! To ja tu rzewnymi łzami opłakuję twoją sytuację, a ty sobie w St Tropez?!?!

Key była wzburzona, natomiast ja musiałam pojechać do St Tropez i nawet trzydziestokilometrowy korek w drodze powrotnej nie umniejszył mi satysfakcji z pobytu w tym mieście. Jest pięknie nieskomplikowane i dokładnie takie, jakie powinno być. Nie za duże do chodzenia, z pięknymi widokami na morze, uroczymi uliczkami (chociaż zastanawiam się, jak to jest mieszkać, mając okna sąsiadów cztery metry dalej), świeżo złowionymi rybami i targiem warzywno-owocowym. Chociaż z chodzeniem u mnie problem, to tym razem chłopaki mieli prawdziwy problem z zagonieniem mnie do samochodu. Dziwne? No to popatrzcie!

Rzadkie chwile braterskiej przyjaźni.
Przysięgam: koszulkę z tym napisem kupiłam w Warszawie, kilka miesięcy przed wyjazdem.
Tour Portalet.
Kubie bardzo się spodobał ten sposób patrzenia na świat. Już się baliśmy, że będzie chciał zabrać lornetkę ze sobą…
W porcie.
Partyjka boules przed…
…Le Cafe Boules
Jeszcze szybka wizyta u Inspektora Ludovica Cruchota…
Tarte Tropézienne (czyli: nasi tu byli)
I powrót do samochodu…
… zaparkowanego pod szczególnym apelem (chyba do tubylców, bo ilu turystów włada językiem Moliera?)
Ale mnie i tak interesowały głównie PALMY

2 Comments

Dodaj komentarz