W Żelazowej Woli

Lato płynie nam gorąco i leniwie. Zbyt leniwie, więc wygoniłam rodzinę na krótką wycieczkę. Odwiedziliśmy Maestro Fryderyka. A raczej miejsce jego urodzin.

Zarówno ja, jak i Piter, zaliczyliśmy Żelazową Wolę w ramach obowiązkowych szkolnych wycieczek, ale nasi synowie byli tu tylko raz, i to w bardzo wczesnym dzieciństwie. Trzeba było nadrobić braki.

Dworek skromny i prosty – dokładnie taki, jaki powinien być. OK, zaadaptowałabym jedno pomieszczenie na kuchnię i drugie na łazienkę, ale to przecież szczegóły. Nie za duże pokoje z wyjściem do ogrodu, sień dzieląca dom na dwie części, okiennice chroniące przez upałem lub mrozem. Naprawdę nie trzeba mi więcej…

Chyba, że przejdziemy do parku… Bo park mnie urzekł całkowicie! A rabaty bylinowe wprawiły w zachwyt absolutny! Nawet moi synowie, chwilowo mający kryzys emocjonalny, znaleźli przyjemność w spacerze alejkami, fotografowaniu mostków, odgadywaniu, co właściwie przed chwilą widzieli w stawie…

Podobno atawizmy sięgają piątego pokolenia. To by się nawet zgadzało.

Dodaj komentarz