Grand Canyon du Verdon

Miniaturowa plantacja przy Opactwie Sénanque mi nie wystarczyła, a obsadzone lawendą ronda i rabaty w każdym zwiedzanym miasteczku tylko podkręcały mój apetyt. Chciałam więcej! Pożądałam bezkresnych fioletowych łanów bardziej, niż czegokolwiek innego. No może poza jedną, przespaną nocą bez sznura samochodów za oknem. Ale żeby dostać się do tego szczęścia, musiałam zgodzić się na wycieczkę, którą wymyślił mój sadystyczny mąż.

Ja tylko powiem, że cierpię na lęk wysokości, klaustrofobię i mam problemy z błędnikiem. To tak tytułem wstępu.

Droga wiodła wciąż pod górę. Właściwie to nie była droga, tylko pijane nocą sylwestrową serpentyny. Z jednej strony skała, z drugiej przepaść i zakręt o trzysta stopni. O czymś zapomniałam? A, tak – jeszcze tunele i pędzący z naprzeciwka kamikadze na niemieckich i holenderskich rejestracjach. Co jakiś czas taras widokowy, który ja bym raczej nazwała rajem potencjalnego samobójcy. Do tego wszystkiego płynąca kanionem rzeka Verdon. Podobno wszystko to razem tworzy niezwykle malownicze krajobrazy. Może gdybym była w stanie otworzyć oczy i przestać kurczowo zaciskać ręce w niemej panice, może podzieliłabym ten pogląd. Tymczasem skupiona byłam na konsekwentnym ignorowaniu okrzyków małżonka, w rodzaju „spójrz! jakie to piękne!”.

Po moim trupie!!!

Refleksję mam następującą: jeśli przeżyłam tę wycieczkę, powinnam jakoś dociągnąć do końca wakacji.

Małżonek robił zdjęcia. No to sobie pooglądajmy, co tam właściwie było. Zdjęcia drogi – mojego autorstwa. Jakość taka sobie, bo robione przez brudną przednią szybę, ale musiałam udokumentować swoje bohaterstwo. Jak tylko ochłonę, to się rozwodzę!!!

5 Comments

Dodaj komentarz