Jemy w Budapeszcie

Budapeszt pojawił się nam niespodziewanie. W ogóle nie mieliśmy w planach wyjazdów wakacyjnych, ale okazało się, że bratanek Pitera, oddelegowany do pracy w stolicy Węgier, niekoniecznie może zostać tam planowane dwa lata, więc jeśli chcielibyśmy skorzystać z jego zaproszenia, to byłoby lepiej zrobić to teraz.

Byłam z Budapeszcie raz. W 1981 roku, w drodze powrotnej z Warny. I nie pamiętałam z tamtego pobytu nic, poza ołówkami z gumką i szynką kupowaną na dekagramy. Piter znał Budapeszt znacznie lepiej. Odwiedzał studiującego tam brata. I podjął się roli przewodnika…

Pierwszy popis moich możliwości dałam zanim jeszcze wysiadłam z samochodu. Po dotarciu na miejsce postanowiłam się zlokalizować. Trudne to nie było, bo vis a vis naszej kamienicy stał Hostel Marco Polo. I kiedy ogromnie z siebie zadowolona kliknęłam „publikuj”, dostrzegłam sąsiadujący z nami Continental Hotel Budapest. Pozostawię to bez komentarza. Najwyraźniej nie nadaję się na celebrytkę.

Anyway (jak mówią w większości filmów) – mieszkaliśmy w samym centrum 7 dzielnicy, co oznaczało: masz miasto w zasięgu ręki. Ten zasięg bardzo mi odpowiadał, jako że podróżowałam ze skręcaną po wielokroć kostką i byłam wyjątkowo niechętna długim marszrutom.

Na wieczór mieliśmy zaplanowane spontaniczne spotkanie z Marcinem, ale wcześnie trzeba było nakarmić umierające z głodu potomstwo. Poszliśmy na najlepsze burgery w mieście, czyli do Burger Market.

Z Marcinem w DIVINO GOZSDU.
I to jest, proszę państwa, najlepsza reklama.
BURGER MARKET

W ogóle jedzenie było dosyć istotnym punktem tej podróży. Niedaleko domu mieliśmy włoską restaurację, sprawdzoną wcześniej przez rodzinę, w której z upodobaniem żywiliśmy się przez cały pobyt, bo jedzenie mieli wyborne. A na czym, jak na czym, ale na włoskim jedzeniu trochę się znamy.

Doszło w niej do dość zabawnej sytuacji…

Nie jestem poliglotką (nad czym bardzo ubolewam), ale jak jestem we włoskiej knajpie i dostaje menu po włosku, to automatycznie przełącza mi się język… A że kelner bez mrugnięcia przeszedł z angielskiego na włoski, to nawet nie zauważyłam, że zamawiam una birra per mio marito. Tylko się nieco zdziwiłam, że Piter się dusi ze śmiechu…
Kiedy następnego dnia przyszliśmy na obiad, dostaliśmy do spaghetti same widelce. „Testują nas – powiedział Piter. – Spójrz na moją koszulkę…”

IL TERZO CERCHIO
Moi synowie jedzą spaghetti samym widelcem od urodzenia, więc nawet nie zauważyli, że nie dostali zestawu sztućców dla turystów.

Gdzie my tam jeszcze jedliśmy… Za bardzo nie poszaleliśmy, bo przecież w Budapeszcie byliśmy tylko trzy ni a Włosi nas zawłaszczyli totalnie. Ale wyskoczyliśmy na naleśniki do BANK 3 PALACSINTA BAR i zajrzeliśmy do STREET FOOD KARAVAN , który nas nie porwał.

Był to jeden z niewielu wyjazdów, podczas których nie gotowałam. Cieszyłam się tym do wizyty w Wielkiej Hali Targowej… No bo sami popatrzcie:

Ratowało nas nowe hobby BlueBoya, który odkrył nocne życie. W naszym przypadku było to po prostu wychodzenie na wieczorne aperitivo, a nie odwiedzanie night clubów, ale wszystkim pasowało 😀


Trzeba tam będzie wrócić. Stanowczo. Zostało nam tyle knajp do sprawdzenia…

Moi synowie zdecydowanie poszli w Dziadka Maćka pod tym względem 😀

Dodaj komentarz