Buda, Peszt i Wyspa Małgorzaty

Mamy Budapeszt, trzy dni i poupadkowe obrażenia uniemożliwiające chodzenie. Zaczynamy!

Piter, który – jak wspomniałam – znał nieco Budapeszt, stanowczo twierdził, że wszędzie trzeba dotrzeć na piechotę, bo nie da się dojechać miejskim transportem, a samochodem on nie ma zamiaru pchać się w jednokierunkowe. Moje szczęście małżeńskie, tak dzielnie wytrzymałe Grand Canyon du Verdon, zawisło na włosku. Bo ja z tą wielokrotnie skręconą kostką i pięknymi siniakami po notorycznym spadaniu ze schodków w Zakopanem… A on mi każe pieszo. W dodatku pod górę…

Jedziemy (!!!) metrem pod Parlament. Przez lata pamiętałam go jako ładny obrazek z pocztówki Budapest By Night. W dzień i na żywo też robi wrażenie.

Następny punktem wycieczki było wzgórze zamkowe, na które dostać się można było (według mojego drogiego męża) wyłącznie per pedes.

Oczywiście zaraz za bramą niemal weszliśmy pod autobus.

Pozostała nam jeszcze Wyspa Małgorzaty z pokazem fontann. Właściwie od tego pokazu zaczęliśmy i na nim skończyliśmy. Ale metro, autobusy i tramwaje bardzo przypadły (biedny, wszędzie wożonym samochodem) chłopcom do gustu.

2 Comments

Dodaj komentarz