Erzsébetváros

Mieszkaliśmy w dawnej dzielnicy żydowskiej. Nie do końca wiem, gdzie przebiegała granica getta, ale codziennie mijaliśmy ludzi w strojach, jakie w Polsce można obejrzeć wyłącznie w muzeum. Oraz taką tablicę:

W przeciwieństwie do Warszawy, budapesztańska dzielnica żydowska istnieje nadal. Każdego dnia przechodziliśmy koło sklepów z koszerną żywnością i restauracji, w których toczyło się życie jakby wzięte z filmu. Po martwym (bo odwiedzonym przed południem) krakowskim Kazimierzu, trafiliśmy do normalnie żyjącego wielokulturowego miasta. I trzeba było prowadzić na gorąco lekcje historii dla BlueBoya.

Poszliśmy obejrzeć synagogę. Bo czegoś takiego, jak synagoga z mauretańskimi wieżami, w życiu nie widziałam i nie sądzę, abym szybko miała okazję. Poza tym budapesztańska synagoga oblegana jest przez turystów, więc łatwiej nam było przełamać opory. Bo my z Piterem czujemy się strasznie nieswojo wchodząc na obcy grunt. Tak się jakoś dobraliśmy, że żadne z nas nie jest urodzonym eksploratorem. I mimo zainteresowania, często coś odpuszczamy, bo nie wiemy, jak się zachować. No wiem, wiem – głupie, ale co ja na to poradzę? W cerkwi byłam wieki temu podczas wakacji w Warnie, bo Tatui w niedzielę nas zaciągnął. W kościele protestanckim – na ślubie przyjaciółki (nikt mnie nie wygwizdał, wręcz przeciwnie, że tak to ujmę). Ale synagoga, to terra kompletnie incognita!

Chciałam jak zwykle porobić trochę zdjęć z zewnątrz. Pierwsze robiłam przez ogrodzenie. I im dłużej stałam, czekając aż mi się w miarę zwolni kadr, tym bardziej nabierałam przekonania, że muszę wejść do środka.

Pozostało nam wrócić do domu i zacząć pakować walizki. Ale w drodze powrotnej coś nas natchnęło…

CDN

2 Comments

Dodaj komentarz