Hop On – Hop Off

„Autobus. Czerwony. Przez ulice mego miasta mknie.”
(Bogucki/Winkler/Szpilman)

Turystyczne piętrusy widywaliśmy codziennie. I nigdy mi nie przyszło na myśl, żeby się nimi bliżej zainteresować. Bo przecież autobusami się nie jeździ. Bo kosztują. I w ogóle nie wydaje się niepotrzebnie pieniędzy.

Wprawdzie w codziennym życiu daleko odeszłam od wpajanych w dzieciństwie zasad, ale wróciły ze zdwojoną siłą w mieście, w którym byłam jeden, jedyny raz, w dzieciństwie, z Tatui – ich autorem.
I kiedy skatowana trzema dniami zaciskania z bólu zębów, przewleczona przez męża i synów po budapesztańskich wzgórzach i ulicach, wyszłam z wielkiej synagogi, doznałam olśnienia. W dużym skrócie olśnienie nazywało się: pieprzę to! Skoro poszłam na wieczornego drinka, jem od tygodnia w restauracjach, obżarłam się toną brzoskwiń (których ojciec nie kupował nawet w Bułgarii) i zamówiłam sobie w absurdalnie drogiej kawiarni Schweppes (którego w tamte wakacje oglądałyśmy wyłącznie przez szybę), to ja teraz właśnie kupię sobie bilet na zwiedzanie Budapesztu turystycznym autobusem! Z całą rodziną!

Dlaczego nie zrobiliśmy tego wcześniej??? Na przykład pierwszego dnia!

Jest kilka firm oferujących zwiedzanie miasta piętrowym autokarem. Ich agenci krążą po całym mieście, oferując zakup biletu. Oprócz tego wszędzie są widoczne stacjonarne punkty obsługi. Opinie widziałam różne.

My podróżowaliśmy z Żyrafą Giraffe Hop On Hop Off. Z czterech dostępnych linii (historyczna, widokowa, nocna i rejs statkiem po Dunaju) wybraliśmy pierwszą, dostaliśmy plan miasta z zaznaczoną trasą oraz listą przystanków i ruszyliśmy.

Bilet jest ważny 24 lub 48 godzin. Można wsiąść na dowolnym przystanku, wysiąść na innym, pozwiedzać i wrócić na przystanek (ten lub inny), aby kontynuować podróż. W autokarze jest anglojęzyczny przewodnik, każdy pasażer dostaje słuchawki i może wpiąć się w gniazdko z wyborem jednego z 22 języków.  Również polskiego.

Wprawdzie na górnym pokładzie było za gorąco i dość szybko zeszliśmy na dolny, ale warto było! Polskie nagranie zawierało sporo ciekawych informacji na temat Budapesztu, historii Węgier, węgierskich zwyczajów i kuchni. Zmęczeni byliśmy ogromnie, a ja już w ogóle nie byłam w stanie chodzić, zatem zrezygnowaliśmy z wysiadania, ale dzięki tej przejażdżce wpisaliśmy na Listę Rzeczy Do Zobaczenia Następnym Razem kilka kolejnych pozycji: Wzgórze Gellerta (oglądane dotychczas tylko z dołu), Plac Bohaterów, czy ZOO. Już wiemy, że nie trzeba do nich iść na piechotę (ekhem, ekhem), można podjechać turystycznym busem i po zwiedzeniu ruszyć w dalszą trasę.

Pewnie, że byłoby sensowniej od tego zacząć, ale myślę, że jako zakończenie też zdało egzamin.

Wieczorem została nam już tylko pożegnalna kolacja. Z Budapesztem i Michałem, który – jak się poprzedniego dnia okazało – kończy swoją węgierską misję i we wrześniu wraca do Warszawy. Można powiedzieć, że tą wizytą skorzystaliśmy z wyjątkowej okazji!

PS.
Podróże kształcą. Jak widać na tym przykładzie, pozwalają nie tylko poznać nowe miejsca i zwyczaje. Czasami dzięki nim robimy rzeczy, których wcześniej nie robiliśmy i przełamujemy własne ograniczenia. Nawet jeśli nie jest to skakanie na bungee czy ekstremalny spływ kajakowy, tylko kupienie oranżady lub kilograma dojrzałych brzoskwiń.

Dodaj komentarz