Gdynia

Zawsze słyszałam, że nie ma po co jechać do Gdyni. Zoppot – natürlich. Gdańsk – rzecz jasna. Ale po co do GDYNI???

Zatem pojechaliśmy.

Duży udział w zmotywowaniu nas do tej podróży miał Quackie. I całe szczęście. Bo Gdynia okazała się REWELACYJNA!

Mieszkaliśmy w samym centrum. Wszędzie mieliśmy dosłownie dwa kroki. Długi weekend okazał się za krótki, więc rok później powtórzyliśmy wyjazd. I takie mam z niego wnioski:

Mamy słabość do miast portowych. Zwłaszcza jeśli oferują deptak i mnóstwo miejsc, w których można zjeść. Generalnie jedzenie na wyjazdach jest dla nas bardzo ważne, bo może przesądzić o sukcesie, albo przynieść porażkę. Tu był sukces. A naleśniki uratowały nawet sytuację nie-do-uratowania, czyli Jakuba pragnienie uduszenia brata. Na środku głównej ulicy.

Akcja duszenia skończyła się, bardzo odpowiednio, w Desdemonie. I słowo daję: samo nam tak wyszło. Niestety z Desdemony zdjęć nie mamy, bo opadliśmy z sił.

Byliśmy w Gdyni, więc nie dało się pominąć wątku okrętowego. W zamierzchłych latach jeśli przyjeżdżałam do Gdyni, to wyłącznie do CWM, gdzie Tatui chrzcił harcerskie jachty i błogosławił wypływającym w morze druhom. Na Błyskawicy miałam przyrzeczenie harcerskie… A teraz zwiedzałam z chłopakami ten okręt-muzeum, chociaż nie było siły, która by mnie zmusiła do wejścia pod pokład.

Poza jedzeniem udało nam się w Gdyni jeszcze kilka drobnych rzeczy. Na przykład spacery wzdłuż morza. Drinki z palemką. I Akwarium.

Zanim poszliśmy oglądać węgorze elektryczne, był Statek Piracki…

To była historia dokładnie w naszym stylu. Podczas spaceru po sopockim molo, Kuba nawet się nie zająknął, że miałby ochotę na rejs pirackim statkiem, tylko coraz bardziej tracił humor, żeby nam rąbnąć pełną histerią dopiero w samochodzie.

Do Gdyni wróciliśmy za późno, żeby się załapać na ostatnią turę i zawisła nam nami groźba słuchania o tym rejsie przez rok, czego – doskonale mieliśmy świadomość – nikt by nie wytrzymał.

Zatem następnego dnia, kiedy zbierając się do wyjazdu postanowiliśmy zajrzeć do Akwarium, zobaczyliśmy po drugiej stronie portowego parkingu statek, rzuciliśmy wszystko i pognaliśmy ratować własne (zdrowe???) zmysły.

Było tak:

Uff… Chciałam napisać jeszcze o Orłowie, ale już mi strasznie długi ten wpis wyszedł, więc Orłowo będzie jutro.

Jak sądzę…

5 Comments

    1. Jo.

      Niee… Ale PRZED teatrem spotkaliśmy się z Kariną, która wychyliła się przez okno samochodu z pytaniem: „Przepraszam, nie wiecie może gdzie tu jest Teatr Muzyczny?”.
      przed głównym wejściem

  1. Quackie

    Bardzo miło mi się to czyta. Jako osobie, która się przyczyniła do Waszego przyjazdu i jako mieszkańcowi, który rad jest, że miasto, w którym mieszka, spełnia oczekiwania 🙂

    1. Jo.

      Nie wiem, czy się ucieszysz, ale chłopaki pytają, kiedy się skończy kwarantanna, bo oni by może do Gdyni wyskoczyli… Skoro Włochy odpadają… 😀

Dodaj komentarz