Sopot

Sopot ma dla mnie walor cukierka oglądanego przez szybkę – byłam tym dzieckiem, które nie jeździło na wakacje, tylko pilnowało mieszkania. W Sopocie zaś wakacje spędzała reszta rodziny i to jej kojarzył się z mieszkaniem przy Monciaku, kortami, obiadami w Irenie i drinkami w Grandzie.

Ja jednak ogromnie nie lubię mieć złych wspomnień, więc siłą rzeczy zaczęłam tworzyć sobie własną sopocką historię, ale sporo mi jeszcze zostało do zrobienia.

Zaczęliśmy z przytupem, od firmowego weekendu Pitera w Grand Hotelu, co bardzo podniosło mi morale 😉 Potem zatrzymaliśmy się u Chińczyka, na samej plaży, ale już do następnych wizyt nie doszło, bo przez wiele lat jeździliśmy głównie za granicę.

Powrót do Sopotu był szokiem. Zostały wprawdzie lody u Włocha, ale wiele zapamiętanych z jedynego mojego rodzinnego wyjazdu w latach 90′ miejsc zniknęło – jak choćby kultowe donaty z okienka przy Monciaku. Pod przejściem do molo pojawił się tunel. Grand zyskał kuzyna. A tuż obok pojawiła się przyczyna pewnego rodzinnego nieporozumienia…

Dziecko było święcie przekonane, że MOLO oznacza MALL – galerię handlową… Było BARDZO rozczarowane…

Trudno pojechać do Sopotu i nie pójść na molo. Chyba pierwszy raz, będąc tam z moimi synami, nie dostawałam zawału, chociaż Kuby nieprzewidywalność nie zostawia człowieka tak zupełnie spokojnym. Tymczasem burza nadciągnęła z zupełnie innej strony i absolutnie nie wiązała się z wpadaniem do wody…

Tym razem nie zajrzeliśmy do Dworku Sierakowskich, tylko udaliśmy się na ryby. Do Przystani. Aż boję się napisać „kultowej”, bo za moment się okaże, że w Sopocie wszystko jest kultowe…

Szczęście nam sprzyjało: znaleźliśmy wolny stolik, a kolejka była do wytrzymania. I mówcie, co chcecie, o toksyczności flądry. Trudno, najwyżej wcześniej umrę.

Promenada wzdłuż morza oczywiście przypominała wyjście ze stacji metra w godzinach szczytu, więc poszliśmy oglądać domki rybackie i zupełnie przypadkiem trafiliśmy tutaj:

Rzuciliśmy okiem na zatłoczone ulice, przeszliśmy przez molo, zjedliśmy flądry i kupiliśmy zapas wędzonej makreli. Coś mi się wydaje, że trzeba by tu przyjechać na weekend…

Dodaj komentarz