Cantina Giovanni Ederle

Od naszego zwiedzania winnicy i degustacji produkowanych w niej win, minęło kilka lat i doszło kilka nowych pozycji, które miałam nadzieję niebawem sprawdzić. Cóż – trzeba będzie zaczekać.

Z trzech proponowanych opcji, wybraliśmy środkową: spacer po winnicy, z przewodnikiem i degustację produkowanych na miejscu win. Można było też zdecydować się na kolację złożoną z regionalnych dań.

Mieliśmy szczęście, bo dwa dni wcześniej odbywało się rodzinne wesele, na które zostały otworzone wina z rezerwy. I jedna z tych butelek trafiła nam się w degustacyjnym zestawie.

Giovanni Ederle stworzył swoją winnicę i wina niemal od podstaw. Rodzina miała wobec niego inne plany, ale miłość do wina i rodzinnej spuścizny zwyciężyła. Giovanni tworzy wina w pełni ekologiczne, butikowe, w niewielkich ilościach. Z pewnością warte poznania.

Za tydzień zaczynała się vendemmia, czyli winobranie, więc widzieliśmy winnicę w całej jej dojrzałej okazałości niemal w ostatniej chwili. Szliśmy zatem wzgórzem porośniętym winoroślą. A nasz Przewodnik opowiadał o rodzajach winogron, sposobie ich prowadzenia, słońcu,  ziemi i porach roku.

W San Mattia produkują wina absolutnie ekologiczne – metodami tradycyjnymi, bez przemysłowych udogodnień. Zaczyna się od uprawy gleby, przez ochronę roślin, aż po metody otrzymywania wina. Dogląda się każdego grona i decyduje o jego przeznaczeniu.

Obejrzeliśmy winogrona. Miejsce gdzie się je wyciska. Drugie – gdzie na matach suszą się specjalnie wyselekcjonowane, najlepsze grona na Amarone. Byliśmy w piwnicy, w której stoją beczki z dojrzewającym winem.

Wiele lat temu, w domu nad tą piwnicą, spędziłam bardzo interesującą Wigilię…

Ja wiem, że Ullisses tu średnio pasuje, ale nie mogłam się oprzeć. Kiedyś służył do przejażdżek. W 2016, jako emeryt, dożywał swych dni chodząc po winnicy, gdzie mu się podobało. Bo jako jedyny nie zjadał winogron…

Nie mam żadnego zdjęcia z degustacji. Mam nadzieję, że to zrozumiecie. Zwłaszcza, że obiecuję następnym razem to zaniedbanie odrobić.

Na starym blogu opis tego doświadczenia wyglądał tak:

Cantina wytwarza sześć win: trzy białe, trzy czerwone. Mieliśmy okazję, przyjemność i niebywałego farta spróbować wszystkich.

Nie znam się na winach. Zasadniczo lubię te, które mi smakują. Nie robię cyrków w postaci patrzenia pod światło, miąchania kieliszkiem i  udawania, że dopatruję się ziemi, skóry i tytoniu. Chyba, że faktycznie je wyczuwam. Jestem absolutną winiarską amatorką. Ale „amator” to miłośnik, czyż nie?

Sala restauracyjna w Agri. Za oknem panorama Werony, ale okna zamknięte, bo dość chłodno. Na stole stają w szeregu: Barbagianni Spumante Brut, San Mattia Bianco, Donna Francesca, San Mattia Rosso, Rubro del Forte i Amarone.  Na początek zastrzegam, że to moja pierwsze degustazione w życiu. Na wypadek, gdybym zgrzeszyła niepluciem czy czymś tam. Ale bardzo szybko znajduję z Cicerone wspólny język. Mniej więcej po pytaniu: „Do czego to pasuje?”. W sensie: kaczka czy gęś? Warzywa, czy raczej mięso? I jakie?

Jesteśmy w raju! Nie dość, że wina znakomite, to nasz gospodarz jest smakoszem i wybornie rozprawiamy o różnicach między faszerowanym indykiem a parmigianą, czy gęsią podawaną z jabłkami. Oczywiście w kontekście podawanego do nich wina.
Jak dla mnie: bajka.

Zaczynamy od bąbelków, które wcześniej przez dwa dni testowaliśmy absolutnie amatorsko. To znaczy popijając na patio. Potem przychodzi codzienne wino, które jest poprawne, ale nie zachwyca. Za to Donna Francesca (nazwana na cześć matki Giovenniego) – rewelacja i zachwycam się nim, mimo że białych win używam głównie do gotowania! To jednak jest świetne i z pewnością znalazłabym dla niego miejsce w mojej kuchni.

I teraz uwaga: wszystkie trzy robione są z tych samych winogron! W dodatku użytych w tych samych proporcjach!!!! Różnią się wyłącznie metodą produkcji!

Przechodzimy do win czerwonych. Jesteśmy po trzech butelkach, więc częściowo przechodzę na włoski, a moja komunikacja z Cicerone jest coraz płynniejsza. Zwłaszcza w obszarze kulinariów.

Pierwsze wino, codzienne rzecz jasna, jest OK. Następne – Rubro, zwane Little Amarone, jest świetne. Przy Amarone… kończymy degustację i przenosimy się na taras. I znowu: wszystkie wina robione z tych samych rodzajów winogron, w tych samych proporcjach. A różnica…

Mieliśmy niebywałego farta. W cantinie skończyła się partia Amarone (jak wspomniałam: to jest butikowa produkcja, niezwykle śrubująca normy i jakość, a przez to niewielka w liczbach). ALE…
Kilka dni wcześniej był ślub siostry męża Camilli i na tę okazję otworzono Amarone 2009. A ponieważ jedna otwarta butelka została – mieliśmy okazję jej spróbować!!!

I ja nie zrobiłam zdjęć.

Jest bosko. Siedzimy w ogrodzie z ostatnimi kieliszkami Amarone 2009. Słońce świeci. Dzieci poszły do apartmę. Cisza. Spokój. London Topaz Blue.  Chryste, dlaczego tu nie potrzebują dyrektora od realizacji kontraktów???

https://www.giovanniederle.it/

4 Comments

  1. Quackie

    I otóż tak mi się nasunęło, że powinnaś linkować w swoich nowszych tekstach do tych starszych, w bieżących do wspomnień i przepisów, stworzyć z różnych tekstów hipertekst, całą sieć: np. kiedy w bieżącym tekście pojawia się tęsknota za miejscem lub winami, siup i dodać link. Kiedy piszesz, że na kolację (teraz) macie danie, które robisz i masz opublikowany przepis – to samo. I odwrotnie, kiedy w przepisie nawiązujesz do miejsca lub tradycji, to też linkujesz do swojego wspomnienia z podróży tamże i konsumpcji (o ile to miało miejsce i zostało tu opisane). I już każdy może zrozumieć, skąd jakieś zachwyty albo wręcz przeciwnie, jednym lub dwoma kliknięciami.

    To tyle dobrych rad na dzisiaj 😉

Dodaj komentarz