Śladami Romea i Julii

Pewnego roku mój młodszy syn zażyczył sobie pojechać do Werony śladami Romea i Julii… Naprawdę nie wiem skąd mu się to wzięło.

Z Domem Julii, znanym z wielu komedii romantycznych, nie było problemu. To znaczy: problemu nie było ze znalezieniem go, bo już przebicie się przez tłum japońskich turystów stanowiło wyzwanie (zwłaszcza dla nienawidzącego ciżby Jakuba), a zrobienie zdjęcia w czystym kadrze było po prostu niemożliwe. Trudno by mi było go nie znaleźć, skoro moja siostra mieszkała swego czasu vis a vis i wychodząc z Vicolo Samaritana po prostu wchodziło się na Casa di Giulietta…

Porzuciliśmy zatłoczony Dom Julii i udaliśmy się na poszukiwania Domu Romea…

Opowieść będzie krótka.

Jak już przepchaliśmy się przez Piazza Erbe, i Piazza Signori, minęliśmy Arche Scaligere i cudem odkryliśmy, że przekraczana tyle razy uliczka nosi pożądaną (według przewodnika) nazwę Vicolo Cavalletto, naszym oczom ukazał się taki widok:

To niby TO?

Zgadza się. Dom Romea (nadal udajemy, że to się kiedykolwiek wydarzyło, taaak?) znajduje się za tym murem. Nie jest dostępny do zwiedzania. Na murze jest tabliczka i zabazgrana przez romantyczki kamienna płyta. Oraz jedna z rozsianych po całym mieście płaskorzeźb ze sceną z dramatu.

Niezrażony BlueBoy pogonił nas do Grobu Julii…

Ludzie… Ile my go szukaliśmy… Prowadzące do murów austriackich fortyfikacji „drogowskazy” wyprowadzały człowieka na manowce. Robiliśmy jedno kółko za drugim. Żar lał się z nieba. Kuba był coraz bardziej wściekły. Ja sobie tradycyjnie poobcierałam stopy. Ale ten parł zawzięcie, bo mu się bilans nie zamknął.

Wreszcie doszliśmy do miejsca, które za nic w świecie nie wyglądało na atrakcję turystyczną. I to był właśnie Grób Julii…

3 Comments

Dodaj komentarz