Ziemia Niczyja i elektryczne węgorze.

Key zadzwoniła o niepokojąco wczesnej porze: Słuchaj, ty wiesz, co na mi tu wymyśliła?!?! Że mam z dziećmi pojechać na całe lato na to zadup znaczy nad morze!!! Sama! Z NIĄ!!! No chyba żart! Więc powiedziałam, że jedziesz ze mną. No, to niech Piter bierze urlop zaraz po chrzcie dzieci.

Mowy nie ma!

Więc dalej było jak u Durrellów, czyli po chrzcie dzieci zapakowaliśmy się w naszego (nieodżałowanego) Grand Voyagera i ruszyliśmy na Południe.

Atrakcje zaczęły się już po drodze, bo podczas jednego z postojów na rozpalonym do konsystencji ciekłej lawy asfalcie, wysiadł nam akumulator. Nie mam pojęcia, jak to przeżyliśmy. Najwyraźniej moi synowie przypomnieli sobie wycieczkę nad morze z półrocznym Nikim i mając obecnie za konkurencję jego kilkumiesięczną siostrę (oraz samego Nicholasa w poważnym już wieku dwóch lat) postanowili przeczekać. Odbili sobie później…

W każdym razie Piter wymienił akumulator, bo dzikim fartem tuż obok była stacja obsługi pojazdów, posiadająca odpowiedni model. Ruszyliśmy w dalszą drogę, tylko im bliżej byliśmy celu, tym bardziej moja siostra popadała w dziwne milczenie…

I trudno mi było uwierzyć, że jego powodem było jedynie zmęczenie dziećmi i podróżą…

Wjechaliśmy na Ziemię Niczyją. W pewnym momencie po prostu skończyła się cywilizacja. Jechaliśmy przez lido, po drodze mijając coś, co przypominało favele… Ewentualnie niedbale rozrzucone wzdłuż torów kolejowych działki „rekreacyjne”, zabudowane byłymi kioskami Ruchu i skleconymi z pomalowanej jaskrawymi kolorami dykty….

Zamarłam i to był ten moment, że nawet gdybym miała pod ręką aparat, nie odważyłabym się po niego sięgnąć. A moja siostra jadowicie wysyczała: „Ładnie tu, prawda? Tylko nie otwieraj okna…”.

Schiapparo. Torre Mileto? Gargano? Cholera jasna wie. Kawałek ziemi, do którego nie przyznaje się żadna gmina. To tam, od wielu lat, rodzina Cortese spędza letnie wakacje…

Mieszkaliśmy w sąsiednim domku. Zasadniczo bez prądu. Prąd był włączany z generatora dwa razy dziennie: w porze lunchu i kolacji.

Hallo, jesteśmy we Włoszech! Jedzenie to rzecz święta!

O ile właściciel tego kurortu nie pojechał do miasteczka, dajmy na to – po kuchenkę dla nas, bo okazało się, że ta, co jest, nie działa.

Niby nic takiego – można się dostosować. Chyba, że wstajesz w nocy do toalety i odruchowo próbujesz włączyć światło. Albo idiotycznie pstrykasz czajnikiem, żeby sobie zagotować wodę na herbatę.

Z konieczności przestawiliśmy się na Martini Prosecco (w wielu odmianach), dla niepoznaki nazywając je „herbatką”. Dla niepoznaki, bo tam herbaty nikt nie pija, więc radosne „Siiiisteeeer… Przyjdzieeeesz na herbatkęęęęę?”, ściągało na naszą werandę wyłącznie Key.

Skutek uboczny tego był taki, że teściowa mojej siostry zaczęła do mnie mówić „Sister” co kompletnie mi się nie podobało i z czym nie miałam pojęcia, co zrobić.

Nieco kłopotliwe było żywienie potomstwa. Zrobienie pasty czy sałaty nie wymaga specjalnego wyposażenia, ale tak się akurat złożyło, że Kuba miał fazę filetów z kurczaka.

Rzecz jasna nie mieliśmy lodówki – była zamrażarka, włączana w godzinach prądu, nienadająca się kompletnie do zamrażania, ale dająca radę ze schładzaniem Martini. Najbliższy sklep mieliśmy jakieś 20 kilometrów dalej, w SanNicandro (zasługujące na oddzielny wpis), zatem co drugi dzień dygaliśmy w ukropnym upale po kurczaka dla synka, modląc się po drodze, żeby nam nie zakwitł salmonellą… Bo to było jakieś trzy lata po toskańskim Meyer Ospedale (oraz po Pronto Soccorso w Giaveno) i chwilowo mieliśmy przesyt kontaktów z włoską służbą zdrowia na wakacjach.

Poza tym te urocze dwa tygodnie (z zaplanowanych czterech) płynęły nam w iście południowym rytmie…

Kompletnie pusta plaża dawała krótki odpoczynek od wiecznie nienaładowanych odtwarzaczy DVD i gotującego się laptopa. Tylko nie wiedzieć czemu nasze morskie dzieci miały w wyjątkowej pogardzie zarówno tę plażę, jak i morze. A BB wymyślił sobie węgorze elektryczne, uniemożliwiające mu dojście z piasku do pontonu i żądał, aby go nosić.

Osiągnęłam mistrzostwo prania metodą: rano wrzucamy ubrania do miski, zalewamy zimną wodą (bo nie ma ciepłej), wystawiamy na słońce, po powrocie z plaży płuczemy w ciepłej (bo włączają na lunch), płuczemy i wieszamy.

Można? Można!

Natomiast dwie rzeczy ratowały sytuację (niestety do czasu): ta pusta, piękna plaża i furgonetka z owocami i warzywami.

No ludzie… Jakie oni mieli melony… Arbuzy… Pomidory… Krewetki…

A, nie – po krewetki to Pierluigi jeździł do portu. Ale jak potem Angela z Ciotką zrobiły spaghetti allo scoglio… O matko jedyna…

A skoro już przy kulinariach jesteśmy, to muszę powiedzieć o pomidorach. Bo jak wiadomo: Puglia jest kolebką włoskich pomidorów. I faktycznie wszędzie dokoła roztaczały się pola z czymś zielonym i czerwonymi kropkami. Strasznie mnie intrygowały, bo do głowy mi nie przyszło, że to mogą być pomidory! Hektary pomidorów! Setki hektarów!

I wiecie co oni z nimi robią? Poza tym, że pakują do puszek i wysyłają na cały świat. Oni o świcie po prostu idą w te pola, wyrywają całe krzaki, wrzucają je na ciężarówki i wywożą. Całe krzaki!

A potem palą to, co zostało.

I nad całym Gargano nieustannie unosi się swąd spalenizny, który przez pierwsze dni podrywał nas na nogi, zmuszając do szukania źródła pożaru, w którym niechybnie zaraz zginiemy.

Za to cykady mieli bezbłędne.

Jechaliśmy pewnego dnia, zdaje się, że na naleśniki z nutellą w Lido del Sole (słowo, to tylko tak ładnie brzmi, w rzeczywistości jest to skupisko mieszkań wakacyjnych, poprzetykanych namiotami ze wszystkim po 2 € i kolorowymi karuzelami. Taki wakacyjny folk, raczej międzynarodowy.

Gorąco i w ogóle, więc Piter otworzył okno. Bóg jeden wie dlaczego, bo klimatyzacja działała. No i nie dość, że ten wszechobecny swąd, to jeszcze dźwięk, jakiego nigdy wcześniej nie słyszeliśmy.

Piter obstawiał żaby, tylko mu się nie zgadzało, że tak w samo południe. A to po prostu były cykady. I zaprawdę powiadam wam: nie ma cienia przesady w określeniu „ogłuszający dźwięk cykad”.

Wróciliśmy półtora tygodnia wcześniej, niż zamierzaliśmy. Po prostu nie dało rady dłużej.

I tak się zastanawiam, czy miały coś z tym wspólnego zwłoki ptaszydła, znalezione pierwszego ranka na tarasie… Fatum jakieś, czy co…

4 Comments

  1. Quackie

    Jak już kiedyś mówiłem – linkuj, podpinaj, łącz to wszystko w jeden hipertekst, bo warto.

    A to wspomnienie obłędne, punktowane silnymi wrażeniami – dźwiękowymi, kolorystycznymi, smakowymi…

Dodaj komentarz