Lago di Garda

Ech…

Nie napiszę o tym tak ładnie, jak moje ostatnie odkrycie: Dominika z Och! Milano, ani tak wnikliwie i profesjonalnie, jak Magda – autorka najlepszego pod każdym względem (w mojej ocenie) bloga na świecie Krytyka Kulinarna. Ale znacie mnie: nic mnie nie powstrzyma przed napisaniem po mojemu 😉 Zatem miejmy to za sobą…

Pierwszy raz nad Jeziorem Garda znalazłam się dwadzieścia osiem lat temu. I nie mogłam wyjść z podziwu, że i wielka woda, i wielkie góry. Tak razem. I że tworzą wspólnie piękny widok.

Bo te prawie trzydzieści lat temu, to ja za bardzo świata nie widziałam… Nie żeby teraz było inaczej, ale Włochy były pierwszym zachodnim krajem, do którego trafiłam. Wcześniej była Polska (głównie szlakiem harcerskich obowiązków Tatui), Bułgaria (konkretnie Warna wyłącznie), jakieś dwa obozy w NRD i muśnięta Praga. O trzech dniach w Budapeszcie chyba nie powinnam nawet wspominać.

A tu te Włochy, i od razu Werona, a potem Lago di Garda… BAJKA w czystej postaci!

Nad Gardę jeździło się wieczorami. Na naleśniki u francuskich sióstr i spacery. Te naleśniki były po prostu legendarne i jeździli na nie wszyscy.

A wieczorny spacer po nabrzeżu, przy którym uśpione jachty cicho stukały burtami, do dziś kojarzy mi się z ilustracją do pięknej opowieści z dawnych czasów…

Po latach wróciłam tam na chwilę, już z moimi chłopakami, ale to już była Zupełnie Inna Historia. I niestety nie znaleźliśmy Tamtej Creperii… Najwyraźniej to znak, że trzeba będzie wrócić i się lepiej porozglądać 😀

Te zdjęcia – jak widać: robione w tym samym miejscu, dzieli… piętnaście lat.

Na pierwszym: mamy czerwiec 2001, BB ma dziesięć miesięcy, Kuba cztery lata. Właśnie spędzamy nasze pierwsze wspólne wakacje. Siedzimy w Weronie, u Wanat, która wyjechała na wakacje i pilnujemy jej kota. Moja siostra mieszka kilka ulic dalej, na via Betteloni. Spotykamy się wieczorami. Dzień spędzamy na snuciu się po nieprzytomnej od upału Weronie i nie mamy cienia wątpliwości, dlaczego od wieków Włosi uciekali latem do podmiejskich villi.

Przynajmniej ci, którzy mieli ville…

No i jeździmy na wycieczki, co nie zawsze jest łatwe. Ale wtedy jeszcze nie mamy pojęcia, że trafiła nam się autystyczna dwójka i że żadne następne wakacje nie będą łatwiejsze. W zasadzie już nigdy.

Jedziemy nad jezioro. Bo tam przecież nikt nie powie „nad Gardę”. To oczywiste.

Zaczynamy od Sirmione. Mieście-fortecy z zamkiem Scaligerich. Tych z Werony. Sirmione ma dość ciekawą historię i warto o nim trochę poczytać (na przykład tu albo tu.

Jesteśmy z naszymi synami, więc musi nam wystarczyć spacer wąskimi uliczkami starówki i mała plaża pod murami miasta.
Jest pięknie.

Tu właściwie nasze przygody się kończą, bo nastąpił kryzys i jedynym, co wchodziło w grę, było załadowanie się do samochodu i objechanie wschodniego brzegu samochodem.

Mijaliśmy zatem w milczeniu Malcesine i Torbole. Dojechaliśmy do północnego krańca i postanowiliśmy wracać.

Kuba zgodził się na postój w Bardolino. Był głodny.

PS.
Jeśli chcecie zdobyć KONKRETNE informacje (i pomoc przy planowaniu wyjazdu nad Lago) proponuję rzucić okiem na tę stronę.

1 Comment

Dodaj komentarz